Chodzenie do kościoła Philipa Larkina oraz Pusty kościół Ronalda Stuarta Thomasa – przestrzeń agnostyczna i przestrzeń apofatyczna

Przemysław Michalski

Kraków, Uniwersytet Pedagogiczny

Abstrakt:

Literatura angielska może się poszczycić wspaniałą tradycją poezji religijnej – począwszy od wczesnośredniowiecznego poematu The Dream of the Rood poprzez rozkwit w czasie baroku (John Donne, George Herbert) aż po znakomitych twórców modernistycznych (T.S. Eliot, W.H. Auden). Niestety, proces postępującej sekularyzacji społeczeństw Europy Zachodniej przyczynił się do znacznego zubożenia czy wręcz atrofii poezji religijnej. Pomimo tych niesprzyjających warunków zdarzają się ciągle twórcy, dla których problematyka religijna ma znaczenie absolutnie podstawowe. Jednym z nich był walijski ksiądz-poeta Ronald Stuart Thomas (1913–2000). Tematem jego obszernego dzieła poetyckiego była kwestia apofatyczności Boga i trudności, z jakimi musi zmierzyć się człowiek próbujący zgłębić tajemnice transcendencji. Niniejszy esej jest analizą jednego tylko utworu Thomasa, w którym porusza on wspomniane powyżej zagadnienia, jako że bohaterem lirycznym wiersza jest samotny człowiek roztrząsający w pustym kościele podstawowe pytania wiary. Czasem problematyka religijna zyskuje niespodziewanych sojuszników. Tak jest w przypadku znanego wiesza Chodzenie do kościoła Philipa Larkina. Choć poeta określał się jako agnostyk, w swych utworach często poruszał kwestie religijne. Podmiotem lirycznym wiersza Chodzenie do kościoła jest jednocześnie alter ego autora, a dwuznaczność jego stosunku do kościoła jako fizycznej budowli oraz do religii w ogóle jest odbiciem analogicznego rozszczepienia w poglądach samego Larkina, który uznawał religię za skazany na zagładę relikt przeszłości, będąc zarazem świadomym jej doniosłości w życiu zarówno jednostki, jak i całych społeczeństw. Analiza tych utworów ukazuje dwa różne punkty widzenia obu poetów na kwestię przestrzeni sakralnych.

Słowa kluczowe: Larkin, Thomas, poezja, kościół, przestrzeń, wiara

————————

W niniejszym artykule chciałbym omówić dwa utwory poetyckie, które reprezentują skrajnie odmienne podejścia do kwestii przestrzeni sakralnej i utrzymane są w diametralnie różnej tonacji, łączy je jednak prowokująco nieortodoksyjny stosunek do problemu miejsca sacrum w świecie postchrześcijańskim oraz wolność od jakichkolwiek apologetycznych inklinacji czy pokusy prozelityzmu[1]. Pierwszy z tych utworów to znany, wielokrotnie omawiany i analizowany, wiersz Philipa Larkina Chodzenie do kościoła (Church Going), który znalazł się w drugim tomiku poety The Less Deceived (1955)[2]. Choć tytuł wiersza zdaje się sugerować co innego, wiemy, że poeta do kościoła nie chodził, a pytany o swoje przekonania religijne, z charakterystyczną dla siebie przekorą odpowiadał, że jest agnostykiem, ale agnostykiem wyznania anglikańskiego[3]. To nieco ironiczne wyznanie jest z jednej strony świadectwem poczucia humoru i sceptycyzmu poety, ale jednocześnie świadczy o przywiązaniu do pewnej tradycji, którą reprezentuje Kościół anglikański. Wiemy, że Larkin uczestniczył w nabożeństwie kościelnym przynajmniej raz: w październiku 1983 roku, wraz ze swoją wieloletnią partnerką Moniką Jones, wziął udział w wieczornym nabożeństwie w kościele Świętego Stefana w Hull. Tak opisał to zdarzenie w liście do przyjaciela: „Wcale nie zasmakowałem w kościele. Poszedłem tam chyba z ciekawości. Ale rzecz zrobiła na mnie wrażenie! Wiernych było siedmioro, ale nabożeństwo odprawiano z taką pompą, jakby było ich dziesięć razy więcej. Czułem się, to oczywiste, całkiem zagubiony, nie chodzę przecież do kościoła, próbowałem jednak zachowywać się nabożnie. I całkiem mi się to podobało”[4]. Ta wizyta, przynajmniej w czasie nabożeństwa, okazała się co prawda zdarzeniem wyjątkowym, ale to dzięki niej powstał jeden z najbardziej znanych wierszy Larkina, który mówi właśnie o chodzeniu do kościoła, choć nie jest już ono związane z uczestnictwem w rytuale, a podmiot liryczny przyjmuje charakterystyczną dla całej poezji Larkina postawę obserwatora[5]. Oto tekst całego utworu w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka:

Upewniony, że w środku nic się nie odbywa,

Wchodzę, słysząc za sobą głuchy odgłos drzwi.

Kościół jak każdy inny: ławki, kamień, dywan,

Książki do nabożeństwa; po niedzielnej mszy

Więdnące cięte kwiaty; mosiądz lśniący gęsto

W sakralnym tle; organów schludność; i dotkliwa,

Napięta, stęchła cisza, niby wywar chłodny

Sprzed Bóg wie kiedy. Z gołą głową i z atencją

Odpinam rowerowe klamerki u spodni,

Podchodzę, muskam palcem okrągłą chrzcielnicę.

Z miejsca, gdzie stoję, pułap wygląda jak nowy –

Po remoncie, czy tylko bielony? Nie widzę.

Wchodzę za pulpit, przyjrzeć się z bliska drukowi

W zastraszająco wielkiej księdze; w jednym miejscu

Czytam na głos – za głośno trochę. Nad stronice

Wzbija się chichot echa. Wpisuję nazwisko

Przy drzwiach, wrzucam do skrzynki irlandzkie sześć pensów;

Nie warto było wchodzić, by widzieć to wszystko.

A jednak wszedłem; zresztą, zdarza się to nieraz

I zawsze jestem w kropce przy takiej wizycie,

Niepewny, czego chcę; i czego się spodziewać,

Gdy kościoły kompletnie już wyjdą z użycia –

Na co je przerobimy? Może tylko jeszcze

W paru katedrach będą chroniczne muzea

Z cyborium i monstrancją w zamkniętej gablotce,

A w innych, omijanych jak zwiastuny nieszczęść,

Będą mieszkać za darmo kałuże i owce?

Może po zmierzchu będą przychodzić zlęknione

Kobiety, by kłaść dzieci na magiczny kamień;

Zrywać zioła na raka; lub trafić na moment,

Kiedy, późno w noc, można rozmawiać z duchami?

Magia, taka czy inna, trwać będzie w obszarach

Gier, zagadek, przypadku; ale zabobonom,

Tak jak w wierze, nie będzie w końcu dane przeżyć,

A co zostanie, kiedy zgaśnie i niewiara?

Trawa, zarosły chodnik, niebo, mur, krzak jeżyn,

Kształt coraz mniej znajomy z upływem miesięcy,

Funkcja coraz mniej jasna. W ów czas niedaleki

Kim będzie ten ostatni gość, którego znęci

Dawna natura gmachu? Może któraś z ekip,

Co opukują stalle, robią szkice murów?

Jakiś koneser ruin, w zachwycie cielęcym

Nad zabytkiem? Amator świąt, w pogoni za

Narkotykiem kadzideł, ornatów i chórów?

A może tym kimś będzie ktoś taki jak ja,

Nie doinformowany, znudzony, z jałowym

Sercem, a jednak brnący w tę krzyżową przestrzeń

Przez podmiejskie zarośla: tak długo już bowiem,

Tak niezachwianie w niej się mieszają i mieszczą

Sprawy znane z osobna – narodziny, śmierć,

Małżeństwo, nasze myśli o tym wszystkim. Słowem,

Może ten schron jest dla mnie? Choć nie mam pojęcia,

Co ta duszna stodoła może w sobie mieć

Wartościowego, lubię stać w ciszy jej wnętrza:

Bo to poważny dom, poważna pod nim ziemia;

W jego powietrzu każda konieczność człowiecza,

Rozpoznana, przebiera się w strój przeznaczenia.

I to wystarczy, aby rzecz stała się wieczna,

Gdyż zawsze będzie ktoś, kto w sobie głód poważny

Odkryje – taki głód, co nie zna nasycenia –

I z głodem tym przyciągnie go ziemia cierpliwa,

Gdzie, jak słyszał, jest miejsce, by zmądrzeć – chociażby

Dlatego, że tak wielu zmarłych w niej spoczywa.[6]

Choć tytuł wiersza odznacza się prostotą, dwa składające się nań słowa, niosą ze sobą nieoczekiwane bogactwo treści, zwłaszcza jeśli zgodnie z zasadami koła hermeneutycznego po zakończeniu lektury wrócimy do początku z głębszym rozumieniem poszczególnym części (a tytuł jest przecież integralną częścią utworu). Ów pozornie jednoznaczny tytuł jest zarazem grą słowną, którą trudno oddać w języku polskim, gdyż fraza „church going” może oznaczać zarówno – jak to jest w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka – po prostu chodzenie (czy nawet „chadzanie”, co sugerowałoby przypadkowość lub zrutynizowany automatyzm tej czynności) do kościoła, ale i rozpad, degradację, zanikanie zarówno budowli, którą zwiedza bohater liryczny wiersza, jak i ogólny zmierzch religii chrześcijańskiej oraz atrofii samej zdolności współczesnego człowieka do przyjęcia światopoglądu religijnego.


[1] Jako że oba wiersze powstały w obrębie kultury anglosaskiej, określenie „świat postchrześcijański” ma tutaj ograniczony wymiar i odnosi się przede wszystkim do tejże kultury.

[2] Ph. Larkin, The Less Deceived, Hessle 1955.

[3] Zob. J. Jarniewicz, Larkin. Odsłuchiwanie wierszy, Kraków 2006, s. 97.

[4] A. Motion, Philip Larkin. A Writer’s Life, London 1993, s. 485, tłum. J. Jarniewicz.

[5] Istnieje niezwykle obszerna literatura dotycząca zagadnienia relacji pomiędzy autorem wiersza oraz tzw. podmiotem, bądź bohaterem, lirycznym. W niniejszym artykule terminy te traktowane są jako synonimiczne i używane wymiennie.

[6] Ph. Larkin, 44 wiersze, tłum. S. Barańczak, Kraków 1991, s. 27–31.

[7] Jak pisze William H. Pritchard: „Wiersze Larkina najczęściej mają «fabułę», są narracjami, które mają początek, środek i koniec”, W.H. Pritchard, „Larkin’s Presence”. Playing it by Ear. Literary Essays and Reviews, Amherst 1994, s. 136.

[8] J. Jarniewicz, Larkin. Odsłuchiwanie wierszy, Kraków 2006, s. 99.

[9] W angielskim oryginale padają słowa „another chuch”, czyli „kolejny kościół”, zresztą w trzeciej zwrotce poeta sam przyznaje, że często zdarza mu się wstępować do opuszczonych kościołów.

[10] O tym nieco schizofrenicznym rozszczepieniu podmiotu lirycznego wiersza na zblazowanego i nieco cynicznego turystę oraz poważnego, skłonnego do filozoficznej refleksji pielgrzyma ciekawie pisze Therry Whalen w: Philip Larkin & English Poetry, London 1986, s. 14–16.

[11] Jarniewicz 2006, jak przyp. 8, s. 104.

[12] Warto pamiętać, że wiersz ten został napisany sześćdziesiąt lat temu. Co wtedy było jedynie złowrogą wizją, dziś stało się ciałem w większości krajów zachodnich, również w Anglii.

[13] Jak przenikliwie zauważa Lolette Kuby, nieco freudowsko brzmiący termin „compulsions” (w tłumaczeniu Barańczaka oddany bardziej patetycznie jako „konieczność człowiecza”) zostaje podniesiony do rangi greckiej tragedii poprzez wprowadzenie określenia „przeznaczenie (w oryginale w liczbie mnogiej „destinies”), L. Kuby, An Uncommon Poet for the Common Man, the Hague 1974, s. 111–112. Z kolei znakomity krytyk i znawca twórczości Larkina, Andrew Swarbrick, uważa, że fragment ten kryje niepokojące dwuznaczności, gdyż wskazuje on jedynie na ludzką potrzebę nadania sensowności chaosowi życia, a nie na istnienie transcendentnych gwarantów tej sensowności. Na tym właśnie polega wartość religii – na jej umiejętności stworzenia warunków, w których to, co przypadkowe, „przebiera się w strój przeznaczenia”, Andrew Swarbrick, Out of Reach. The Poetry of Philip Larkin, London 1995, s. 66–67.

[14] Według Lolette Kuby wiersz Larkina nie jest utworem pesymistycznym, gdyż poeta sugeruje, że po odejściu wiary pozostanie powaga („seriousness”). Trudno się zgodzić z taką konkluzją, gdyż dla Larkina w świecie zlaicyzowanym to właśnie religia czy też – mówiąc bardziej konkretnie – kościół jest jedynym locus poważnej refleksji o życiu; Lolette 1974, jak przyp. 13, s. 109.

[15] R.S. Thomas, Collected Poems, 1945–1990, London 2000, s. 349.

[16] Zob. W.V. Davis, Poetry and Theology, Waco 2007, s. 50.

[17] Znowu pojawia się trudna do oddania w tłumaczeniu dwuznaczność: przysłówek „still” może znaczyć zarówno „wciąż, ciągle”, jak i „cicho, w ciszy, w milczeniu”. Podobnie jak w przypadku poprzedniej dwuznaczności oba znaczenia są relewantne.

[18] Jak pisze jeden z krytyków: „Cisza, na jaką natrafia poeta, oznacza zarówno niemożność znalezienia właściwych słów, jak i brak odpowiedzi udzielonej przez Boga. Mimo to odpowiedzi nadchodzą, być może bez pomocy słów, poprzez dźwięki, obrazy, w jakimś niewysławialnym (ineffable) uporze pytań, które nigdy nie odejdą”, McGill, Poets’ Meeting, Jefferson 2003, s. 74.

[19] Podobne jak w znanym rozróżnieniu Gabriela Marcela na „problem”, który można rozwiązać na poziomie czysto intelektualnym, oraz „tajemnicę”, która angażuje całą osobę, a więc domaga się odpowiedzi w sensie egzystencjalnym.

Pełny tekst artykułu został opublikowany na łamach rocznika "Sacrum et Decorum" . Zamówienia prosimy kierować do Wydawnictwa UR lub aktywować subskrypcję elektroniczną .